Kiedy przyglądam się dzisiejszemu amerykańskiemu przemysłowi zbrojeniowemu, widzę paradoks supermocarstwa: Stany Zjednoczone wydają setki miliardów dolarów na obronność, a jednocześnie mogą nie podołać wyzwaniu produkcji zbrojeniowej w realiach wojny na pełną skalę. Z perspektywy autora, obserwatora polityki bezpieczeństwa, staje się jasne, że amerykańska machina obronna — choć imponująca technologicznie — cierpi na chroniczne dolegliwości strukturalne. Główną tezą mojego komentarza jest stwierdzenie, że amerykański przemysł obronny stoi dziś przed kryzysem zdolności produkcyjnych. Kryzysem groźnym tym bardziej, że rozwija się w cieniu potencjalnego konfliktu z rosnącymi w siłę Chinami oraz gwałtownych zmian technologicznych redefiniujących współczesne pole walki. Z pozycji komentatora i analityka muszę przyznać: jeśli Ameryka nie zreformuje swojego modelu zbrojeniowego, może obudzić się boleśnie nieprzygotowana na wyzwania nadchodzącej wojny ery dronów, AI i globalnej rywalizacji mocarstw.
Chińska presja i erozja bazy przemysłowej USA
Patrząc na problem strategicznie, nietrudno dostrzec, że Chiny od lat prowadzą zakulisową, systemową kampanię osłabiania amerykańskiej bazy przemysłowej – tej cywilnej i tej zbrojeniowej. Nie jest to teoria spiskowa, lecz wnioski płynące z analizy trendów gospodarczych i wywiadowczych. Pekin rozumie, że w warunkach wojny totalnej to właśnie przemysł cywilny stanowi mobilizacyjne zaplecze dla produkcji wojennej. Dlatego uderzenie w amerykański przemysł cywilny – poprzez uzależnianie go od chińskich dostaw czy przejmowanie krytycznych łańcuchów dostaw – automatycznie podcina zdolności militarne USA. Deindustrializacja części amerykańskiej gospodarki w ostatnich dekadach jest faktem: całe sektory produkcji przeniesiono za granicę, głównie do Azji. Ameryka przestała wytwarzać wiele komponentów kluczowych dla uzbrojenia – od elementów elektroniki po rzadkie surowce. W efekcie pentagońska zbrojeniówka stała się zależna od zewnętrznych dostawców. Trudno wyobrazić sobie gorszy scenariusz niż konflikt z Chinami w sytuacji, gdy chiński przemysł kontroluje dostawy np. metali ziem rzadkich niezbędnych do produkcji nowoczesnej broni.
Jednocześnie Chiny prowadzą agresywne działania wywiadowcze i sabotażowe, wymierzone w technologiczne know-how i infrastrukturę USA. Przykładem jest niedawno ujawniony incydent z malware o kryptonimie Volt Typhoon, odkrytym w systemach kontrolujących sieci energetyczne i komunikacyjne baz wojskowych w Stanach. Chińscy hakerzy praktycznie zagnieździli się w krwiobiegu infrastruktury krytycznej, co w razie konfliktu mogłoby sparaliżować mobilizację przemysłu amerykańskiego zanim ta na dobre by się rozpoczęła. Dodajmy do tego klasyczne szpiegostwo przemysłowe – kradzieże planów nowych broni, podpatrywanie technologii wojskowych (Chiny odtworzyły wiele rozwiązań amerykańskich, od myśliwca 5. generacji po rakiety hipersoniczne, zdumiewająco szybko). Ta systematyczna presja Pekinu oznacza, że USA są dziś pozbawiane przewag nie tylko na polu bitwy, ale i na zapleczu produkcyjnym.
Niestety, wina leży nie tylko po stronie zewnętrznego wroga. Amerykańska polityka gospodarcza i edukacyjna sama stworzyła warunki do kryzysu. Od lat 90. nastąpiła dramatyczna redukcja rodzimej bazy przemysłowej. Rząd i koncerny zbrojeniowe chętnie ciąły koszty, zlecając produkcję półproduktów podwykonawcom poza USA. Globalizacja łańcuchów dostaw uśpiła czujność – w czasach pokoju just-in-time działało, ale w warunkach wojny grozi zapaścią logistyczną. Pod znakiem zapytania stoi też obecny model edukacji i polityki migracyjnej w USA. Amerykańskie szkoły od dawna zmagają się z niedostatkiem absolwentów STEM (nauka, technologia, inżynieria, matematyka) gotowych zasilić przemysł obronny. Wiele talentów rekrutowano zagranicą – np. zdolnych inżynierów z Chin czy Indii – ale w obliczu rosnącej rywalizacji mocarstw i ograniczeń wizowych ten dopływ specjalistów wysycha. Jakość intelektualnej bazy innowacji zbrojeniowej stoi pod znakiem zapytania, skoro najlepsi informatycy wolą tworzyć aplikacje w Dolinie Krzemowej, a nie rakiety dla Pentagonu. Na to nakłada się kryzys demograficzny i starzenie się kadr: średni wiek doświadczonego inżyniera lotniczego czy okrętowego w USA mocno przekracza 50 lat. Pokolenie, które pamięta wyścig zbrojeń zimnej wojny, odchodzi na emeryturę, a brakuje równie licznej grupy młodych na ich miejsce. Już teraz firmy zbrojeniowe alarmują, że nie mają komu przekazać unikalnego know-how produkcji silników rakietowych czy okrętowych. Tak oto, od środka i od zewnątrz, eroduje potencjał przemysłowy supermocarstwa.
Złote platformy kontra masowe systemy
Tradycyjny model amerykańskiego przemysłu obronnego opierał się na założeniu, że jakość dominuje nad ilością. Przez dekady Pentagon kupował „złote platformy” – uzbrojenie niezwykle zaawansowane, ale też skomplikowane i piekielnie drogie. Każdy egzemplarz czołgu Abrams, samolotu F-35 czy lotniskowca klasy Ford to technologiczny majstersztyk, przewyższający parametrami sprzęt potencjalnych wrogów. Tyle że ta przewaga jakościowa została okupiona niską skalą i tempem produkcji. W czasie pokoju Ameryka mogła sobie pozwolić na budowę kilkunastu myśliwców rocznie i kilku okrętów na dekadę, bo zakładała, że nie będzie musiała toczyć wojny na wyniszczenie z równorzędnym rywalem. Jednak wojna wysokiej intensywności – taka, jaką musiałaby stoczyć z Chinami na Pacyfiku – bezlitośnie obnaża tę słabość. W starciu na wyczerpanie ilość może przechylić szalę nad jakością. Co z tego, że jeden F-35 zestrzeli parę chińskich maszyn, jeśli Chiny zbudują ich pięć razy więcej? Co z tego, że lotniskowiec USS Gerald Ford ma najnowsze technologie, skoro został zbudowany kosztem 13 miliardów dolarów w ciągu wielu lat – a jak pokazały symulacje Pentagonu, może zostać unicestwiony w kilkanaście minut przez salwę chińskich rakiet hipersonicznych?
Amerykańska zbrojeniówka cierpi na problem skali i tempa. Produkuje za mało i za wolno, by sprostać wymogom potencjalnej wojny z równym sobie przeciwnikiem. Wyszło to na jaw dobitnie po wybuchu wojny na Ukrainie. Gdy Europa Wschodnia pochłaniała tysiące sztuk amunicji artyleryjskiej dziennie, zachodnie fabryki nie nadążały z uzupełnianiem zapasów. Stany Zjednoczone, wspierając Kijów, w krótkim czasie uszczupliły swoje rezerwy pocisków precyzyjnych i rakiet. Ich odtworzenie zajmuje miesiące i lata, bo przemysł przestawił się dawno temu na krótkie serie zamiast masowej produkcji z epoki II wojny światowej. Jake Sullivan, doradca ds. bezpieczeństwa narodowego USA, ostrzegł ostatnio otwarcie, że w przypadku konfliktu z Chinami Ameryce szybko skończą się kluczowe rodzaje amunicji. Ta przestroga z ust urzędnika najwyższego szczebla potwierdza nasze obawy: dzisiejsza baza przemysłowa USA nie jest przygotowana na długotrwałe, intensywne starcie.
Co gorsza, łańcuchy dostaw uzbrojenia są kruche i rozciągnięte. Kluczowe komponenty do pocisków czy samolotów produkuje garstka poddostawców, często jedyny zakład w całym kraju. Jeśli taki zakład stanie (z powodu awarii, cyberataku lub braku części z importu), cała produkcja leży. Wiele mniejszych firm kooperujących z gigantami zbrojeniowymi upadło lub przeniosło się za granicę w latach chudych, gdy zamówień było mało. Rezultat? Odtworzenie utraconych mocy produkcyjnych przypomina dziś wskrzeszanie dinozaurów – możliwe teoretycznie, ale ekstremalnie kosztowne i czasochłonne. Amerykańska marynarka przekonała się o tym boleśnie przy programie nowych fregat Constellation. Plan wydawał się prosty: wziąć gotowy projekt z Europy i zbudować serię okrętów w USA. Tymczasem ciągłe zmiany wymagań, braki poddostawców i opóźnienia sprawiły, że projekt ugrzązł. Po pięciu latach, wydaniu 3,5 miliarda dolarów i zmianie 85% założeń okazało się, że… nie zwodowano ani jednego okrętu, a program właśnie anulowano. To już nie pojedynczy wypadek przy pracy, a ponury wzorzec. Ostatnie dekady pełne są przykładów amerykańskich super-broni, które powstawały latami, za miliardy, by na końcu rozczarować lub w ogóle nie trafić do jednostek liniowych. Średni czas opracowania i wdrożenia nowego czołgu, okrętu czy samolotu bojowego wynosi dziś w USA ponad dekadę, a przecież tyle czasu wystarczy, by potencjalny przeciwnik wygrał wojnę zanim owe cacka zobaczą pole bitwy.
Nietrudno zrozumieć, dlaczego w samych Stanach Zjednoczonych narasta krytyka obecnego modelu. Nawet redakcja “New York Times” biła na alarm, pisząc niedawno, że „amerykański przemysł obronny, podobnie jak reszta gospodarki, zatracił zdolność szybkiej i efektywnej produkcji”. Trudno o mocniejsze słowa z ust mainstreamowej prasy. Ich konkluzje potwierdzają twarde dane: od zakończenia zimnej wojny liczba głównych wykonawców zbrojeniowych spadła z kilkudziesięciu do zaledwie pięciu gigantów. Ten kartel: Lockheed Martin, Raytheon (RTX), General Dynamics, Northrop Grumman i Boeing – zdominował zamówienia Pentagonu. Zamiast rywalizacji i innowacji mamy często wygodną rutynę i biurokratyczną sztukę przetrwania. Monopolizacja rynku sprawiła, że wielcy gracze opanowali do perfekcji lawirowanie w procedurach, za to zatracili umiejętność szybkiego wytwarzania broni na masową skalę, tak kluczową w nowoczesnej wojnie. Poniekąd im się nie dziwię, skoro przez lata płacono im za kosztowne projekty prototypowe i ekskluzywne zabawki dla wojska, to nikt nie inwestował w taśmy produkcyjne rodem z lat 40. XX wieku. Efekt uboczny jest jednak taki, że dziś USA nie mają już fabryk zdolnych wypluwać setki czołgów czy rakiet miesięcznie. Dla kontrastu, Chiny dysponują potencjałem przemysłowym niewyobrażalnym z zachodniej perspektywy – ich stocznie potrafią rocznie zwodować tonaż okrętów kilkaset razy większy niż amerykańskie, a linie montażowe elektroniki i pojazdów opancerzonych pracują non-stop. Ilość może stać się jakością, jeśli przeciwnik narzuci tempo wyścigu zbrojeń. Stany Zjednoczone muszą więc pilnie odnaleźć w sobie dawno zapomniany geniusz mobilizacji przemysłowej – inaczej grozi im, że przegrają nie na polu walki, a w fabryce.
Nowe technologie zmieniają pole walki
Kryzys amerykańskiej zbrojeniówki zbiega się w czasie z rewolucją technologiczną w sztuce wojennej. Wojny przyszłości rodzą się już dziś w laboratoriach sztucznej inteligencji, autonomicznych systemów bojowych, cyberprzestrzeni czy nawet w przestrzeni kosmicznej. Muszę podkreślić: tempo innowacji militarnych jest najszybsze w historii. Wystarczy spojrzeć na to, co dzieje się na Ukrainie: roje dronów latających w formacjach, systemy zakłócające komunikację, algorytmy AI rozpoznające cele szybciej niż człowiek. A to dopiero przedsmak. Autonomiczne drony lądowe i powietrzne, które same wybierają i atakują cele, zaawansowane cyberbronie zdolne unieruchomić infrastrukturę całego kraju, biotechnologia i broń genetyczna projektowana pod konkretne profile DNA – to wszystko już nie fantastyka, lecz realne programy badawcze światowych mocarstw.
W tej rywalizacji Stany Zjednoczone nadal mają atuty, zwłaszcza w dziedzinie sztucznej inteligencji i oprogramowania, gdzie ich prywatny sektor inwestuje miliardy. Problem w tym, że tradycyjny aparat Pentagonu z trudem nadąża za duchem czasu. Biurokracja wojskowa jest nie tylko powolna, ale i ostrożna do przesady. Gros dowódców wychowanych na samolotach, czołgach i okrętach nie ufa “tanio wyglądającym” alternatywom w postaci małych dronów czy aplikacji AI. Nowe pomysły toną w morzu procedur i testów, gdy tymczasem Chiny i inne autorytarne reżimy potrafią znacznie szybciej wdrażać innowacje militarne, nie krępują ich procedury zamówień publicznych ani zbyt dociekliwi kongresmeni. Oczywiście, autorytaryzm ma swoje minusy (np. korupcję i słabszą kreatywność oddolną), ale w wyścigu “kto pierwszy zastosuje nową technologię na polu walki” biurokracja to śmiertelne obciążenie.
Amerykanie zaczynają to rozumieć. Pentagon powołał specjalne jednostki ds. innowacji, nawiązał współpracę ze startupami z Doliny Krzemowej, finansuje programy w obszarach AI, robotyki, kosmosu czy tzw. Web3 (zdecentralizowane zarządzanie danymi i łącznością). W ramach najnowszej strategii pojawiają się hasła o potrzebie „muł wielkich, tanich systemów”: setek bezzałogowych statków powietrznych i nawodnych, rojów mini-dronów uderzeniowych, amunicji krążącej, która w dużej liczbie może nasycić pole walki i zniwelować przewagę pojedynczych „złotych” platform przeciwnika. Sam Sekretarz Obrony (w naszym hipotetycznym scenariuszu) naciska na zmiany, mówiąc wprost do przemysłowców: „albo dostarczycie nam uzbrojenie w tempie i skali, jakich potrzebujemy, albo przegramy – to kwestia życia i śmierci”. Pentagon zaczyna dostrzegać, że ilość też kosztuje i jest gotów wydać dodatkowe setki miliardów na nowy sprzęt , ale pieniądze nie rozwiążą problemu, jeśli nie trafią do właściwych wykonawców. W obecnej konfiguracji budżetowej gros środków i tak spływa do tych samych wielkich kontraktorów, którzy nie błyszczą innowacyjnością. Potrzebna jest nowa krew i nowe podejście.
Palmer Luckey i bunt technologicznych innowatorów
Tutaj na scenę wkraczają nowi gracze z sektora technologicznego, próbujący potrząsnąć skostniałym układem. Palmer Luckey jest jednym z nich i nie sposób go pominąć w tej dyskusji. W pierwszej osobie mogę zdradzić, że rozmowa z Luckeyem parę lat temu uświadomiła mi skalę problemu. Luckey, ledwie 30-letni miliarder i założyciel firmy Anduril, zasłynął wcześniej wynalezieniem gogli Oculus Rift. Dziś wkłada klapki i hawajską koszulę, by jako nietuzinkowy potentat zbrojeniowy budować dla armii autonomiczne drony, systemy sensorów i sztuczną inteligencję bojową. Jego poglądy to zimny prysznic dla tradycyjnych generałów. Luckey mówi wprost, że Pentagon zbyt długo opierał się na przestarzałych, przepłaconych technologiach, podczas gdy sektor prywatny wyprzedził wojsko o lata świetlne w AI czy robotyce. „Tesla ma lepszą sztuczną inteligencję niż jakikolwiek amerykański samolot, a nawet odkurzacz Roomba ma większą autonomię niż większość systemów uzbrojenia Pentagonu” – zauważył z przekąsem Luckey. Trudno o bardziej obrazowe podsumowanie zapóźnień armii w dziedzinie nowoczesnego oprogramowania i automatyki.
Luckey i podobni mu wizjonerzy postulują radykalną zmianę modelu produkcji zbrojeniowej. Zamiast być „policjantem świata” z kilkoma drogocennymi zabawkami na pokaz, USA muszą stać się „zbrojownią świata” dostawcą masowej ilości nowoczesnej broni, zarówno dla siebie, jak i sojuszników. „Musimy przejść od roli światowego policjanta do roli światowego sklepu z bronią” – przekonuje Luckey, świadom możliwej krytyki, że takie słowa z ust producenta broni brzmią cynicznie. Ale on ma swoją logikę: jeśli Ameryka i demokracje zachodnie nie zaleją rynku bronią nowej generacji, to zrobią to autokracje. Jego firma Anduril stawia na skalowalność i automatyzację. Tworzy linie produkcyjne zdolne budować drony bojowe jak samochody z taśmy – szybko, dużo i stosunkowo tanio. Stawia też na otwartość na młode talenty z branży software – zatrudnia hackerów i inżynierów AI, którym bliżej do startupu niż do koncernu znanego z tradycyjnych programów zbrojeniowych.
Oczywiście, taki model ściera się z oporem starej gwardii. Wielkie koncerny zbrojeniowe i ich sojusznicy w wojskowej biurokracji patrzą z rezerwą, a czasem wrogością, na wschodzące gwiazdy pokroju Andurila. Stawka są gigantyczne pieniądze z budżetu obronnego i wpływy polityczne. Napięcia między Pentagonem, tradycyjnymi „prime contractors” a nowymi podmiotami technologicznymi są coraz bardziej widoczne. Z jednej strony mamy młodych wizjonerów mówiących językiem Doliny Krzemowej: szybkie iteracje, ryzyko, produkt minimum viable (MVP) szybko na poligon, ulepszamy w trakcie. Z drugiej – ostrożnych generałów i lobbystów starych firm, mówiących językiem procedur, specyfikacji liczących setki stron i „sprawdzonych” rozwiązań z przeszłości. Dochodzi do zgrzytów: np. gdy nowa firma oferuje Pentagonowi gotowy dron AI w pół roku, słyszy często: świetnie, ale najpierw rozpiszemy konkurs, potem testy, certyfikacje – wróćcie za pięć lat. Palmer Luckey krytykuje te archaiczne nawyki, apelując o więcej zaufania do firm technologicznych i dopuszczenie ich do wielkich programów zbrojeniowych. Jego własny sukces (Anduril zdobywa kontrakty i dostarcza już m.in. autonomiczne systemy do patrolowania granic i do wykrywania dronów na Ukrainie) dowodzi, że alternatywa dla tradycyjnego modelu jest realna. Pytanie brzmi, czy establishment zbrojeniowy w pełni ją zaakceptuje, zanim będzie za późno. Jako komentator widzę tu pewną analogię historyczną: czy Pentagon potrafi stać się na nowo „Arsenałem Demokracji” jak za czasów II wojny światowej, ale na miarę XXI wieku – cyfrowym, zwinnym, innowacyjnym? Jeśli tak, musi pogodzić stare z nowym: tradycyjnych gigantów zmusić do reform lub dopuścić do stołu młodych zdolnych. W przeciwnym razie Ameryka ryzykuje, że przegra wyścig innowacji z przeciwnikami, którzy nie mają takich oporów przed zmianą.
Wnioski dla Polski
Jako Polak nie mogę pominąć kluczowej kwestii: co oznacza ten amerykański kryzys zbrojeniowy dla Polski? Nasz kraj stał się w ostatnich latach jednym z największych importerów amerykańskiego uzbrojenia. Abramsy, system Patriot, HIMARS, myśliwce F-35 – lista zakupów jest imponująca i świadczy o zaufaniu Warszawy do amerykańskiej technologii wojskowej. Jednak w świetle powyższych rozważań rodzi się uzasadnione pytanie: czy możemy spać spokojnie, polegając tak mocno na arsenale made in USA?
Po pierwsze, ryzyko związane z dostępnością i tempem dostaw. Jeśli USA same produkują zbyt wolno i zbyt mało, to w sytuacji kryzysowej pierwszeństwo w dostawach uzbrojenia dostaną własne siły zbrojne Ameryki, nie sojusznicy. Już teraz terminy realizacji niektórych naszych kontraktów sięgają wielu lat – np. wszystkie zamówione F-35 otrzymamy dopiero około końca dekady. A co, jeśli po drodze wybuchnie większy konflikt i linie produkcyjne zostaną przekierowane na potrzeby US Army? Polska może zostać z niepełnym wyposażeniem w momencie największej próby. Podobnie z amunicją: kupujemy amerykańskie rakiety i pociski, ale nasz potencjał ich produkcji lokalnie jest ograniczony. W razie wojny na wyniszczenie zapasy szybko by się skurczyły, a uzupełnienie z amerykańskich magazynów byłoby wątpliwe, skoro im samym by brakowało.
Po drugie, koszt i złożoność amerykańskich systemów. Płacimy za topową jakość, ale skomplikowany sprzęt wymaga długiego szkolenia, specjalistycznej obsługi i stałego dopływu części zamiennych. Jeśli amerykańska zbrojeniówka cierpi na długie łańcuchy dostaw i niedobory komponentów, to i serwisowanie sprzętu w Polsce może stanąć pod znakiem zapytania w kryzysie. Uzależnienie od jednego dostawcy zawsze tworzy słaby punkt – a co dopiero, gdy tym dostawcą targają problemy strukturalne.
Czy to znaczy, że Polska popełnia błąd, stawiając na amerykańską broń? Niekoniecznie. Korzyści polityczne i wojskowe z bliskiego sojuszu z USA są ogromne. Jednak musimy mądrze zarządzać tym ryzykiem. Mój postulat jako komentatora jest jasny: Polska powinna aktywnie zabiegać o pogłębioną współpracę przemysłową ze Stanami Zjednoczonymi, wychodząc poza prosty układ klient-dostawca.
Co to oznacza w praktyce? Szukanie możliwości kooperacji przemysłowej i transferu technologii. Każda duża umowa zbrojeniowa powinna zawierać komponent produkcji licencyjnej w Polsce bądź udziału naszych zakładów w łańcuchu dostaw. Jeśli kupujemy wyrzutnie HIMARS, zadbajmy, by część rakiet lub pojazdów była montowana w kraju – to nie tylko daje nam know-how, ale i zabezpiecza dostawy na wypadek wojny. W przypadku czołgów Abrams już pojawiły się pomysły, by pewne prace serwisowe i modernizacyjne lokować w polskich zakładach zbrojeniowych. To kierunek, który należy wzmocnić.
Ponadto inwestycje polskich firm w USA – choć brzmi to odwrotnie – mogą przynieść obopólne korzyści. Jeśli rodzime firmy z branży obronnej ulokują części produkcji lub R&D w Stanach, staną się częścią tamtejszego ekosystemu. Budowanie sieci powiązań kapitałowych z amerykańskimi partnerami sprawi, że w chwili próby łatwiej będzie nam uzyskać dostęp do krytycznych komponentów. Nie możemy bać się odważnych ruchów: polskie spółki mogłyby np. przejąć zagranicą niszowego producenta części do rakiet czy elektroniki wojskowej, stając się tym samym kluczowym dostawcą dla Pentagonu. To oczywiście wymaga kapitału i strategii, ale stawka – bezpieczeństwo dostaw – jest warta zachodu.
Wspólne projekty badawczo-rozwojowe (B+R) to kolejny filar. Polska nauka i przemysł zbrojeniowy powinny aktywnie uczestniczyć w międzynarodowych programach, także amerykańskich, nad nowymi technologiami: dronami bojowymi, AI, systemami autonomicznymi, cyberbezpieczeństwem. Mamy utalentowanych inżynierów o świeżym spojrzeniu – to nasz atut, który możemy wnieść do współpracy. Jeśli nasz start-up opracuje ciekawą technologię np. w zakresie dronów rojowych czy oprogramowania dowodzenia, nie wahajmy się zaproponować tego Amerykanom w ramach partnerstwa. Nisze technologiczne takie jak bojowe drony, amunicja krążąca, AI w analizie pola walki czy produkcja elementów półprzewodnikowych mogą stać się polską specjalnością w ramach sojuszu. Rząd powinien wspierać takie aspiracje poprzez fundusze i dyplomację gospodarczą.
Na koniec, kilka rekomendacji dla polskich decydentów nasuwa się wprost z powyższej analizy:
- Dywersyfikacja dostaw: Choć USA pozostaną naszym głównym partnerem, warto utrzymywać alternatywne źródła uzbrojenia (co już częściowo robimy, kupując sprzęt z Korei Południowej czy rozwijając własne systemy jak Borsuk). Dywersyfikacja to polisa ubezpieczeniowa na wypadek zatorów w amerykańskiej produkcji.
- Budowa zdolności krajowych: Inwestujmy w rodzimą produkcję amunicji i części zamiennych do sprzętu już zakupionego. Jeśli mamy Abramsy i F-16, powinniśmy móc w kraju wytwarzać chociaż podstawową amunicję czołgową i lotniczą oraz prostsze podzespoły. To wymaga licencji lub własnych rozwiązań – czas zacząć je zdobywać.
- Kadra i edukacja: Unikajmy błędów USA – już teraz przeciwdziałajmy starzeniu się kadr. Warto zachęcać młodych Polaków do karier inżynierskich i w obszarze nowych technologii wojskowych, a także przyciągać zagranicznych ekspertów do polskich projektów obronnych. Bez ludzi żadna strategia się nie powiedzie.
- Bądźmy partnerem, nie petentem: W relacjach z Amerykanami akcentujmy nasze atuty – geostrategiczne położenie, gotowość do inwestowania w obronność, świeże pomysły. Sojusz z USA powinien być dwukierunkowy, gdzie my nie tylko kupujemy, ale i wnosimy wkład. To da nam większą podmiotowość i zabezpieczy przed skutkami ewentualnej zapaści amerykańskiej zbrojeniówki.
Podsumowując, kryzys zdolności produkcyjnych amerykańskiego przemysłu zbrojeniowego jest sygnałem ostrzegawczym, którego Polska nie może zignorować. Piszę to w pierwszej osobie, bo czuję osobistą odpowiedzialność jako obserwator: ostrzec, zarekomendować, pobudzić do myślenia. Supermocarstwo zbrojne o chwiejących się nogach to zagrożenie nie tylko dla niego samego, ale i dla całego systemu sojuszy, którego jesteśmy częścią. W naszym interesie jest pomóc Ameryce te nogi wzmocnić – jednocześnie budując własne podstawy siły. Historia uczy, że państwa najlepiej wychodzą na sojuszach wtedy, gdy potrafią być nie tylko odbiorcą bezpieczeństwa, ale i jego współtwórcą. Polska ma dziś taką szansę – i nie powinna jej zmarnować.
Łukasz Turkowski
