Algorytmy przetwarzają petabajty danych, sztuczna inteligencja przewiduje kryzysy, a rynki predykcyjne wyceniają ryzyko wojny szybciej niż jakikolwiek analityk pracujący tradycyjnymi metodami. W teorii brzmi to jak spełnienie marzeń: niepewność zamieniona w liczby, chaos w prawdopodobieństwa. W praktyce jednak polityka bezpieczeństwa nadal rozgrywa się między ludźmi – a nie między serwerami.
Nowy impuls do tej debaty dał artykuł Stephena i Raymonda Ferrisów, opublikowany latem 2025 roku. Dwaj oficerowie amerykańskich sił zbrojnych pokazali, że dane z rynków predykcyjnych – takich jak Polymarket czy Kalshi – mogą być wykorzystywane jako źródło wywiadowcze. Gdy kontrakt „Czy Chiny zaatakują Tajwan w 2025 roku?” jest notowany na poziomie 13 procent, rynek mówi więcej niż niejedna notatka analityczna. Cena jest w istocie zagregowaną oceną setek lub tysięcy ludzi, którzy ryzykują własne pieniądze na podstawie informacji, które posiadają.
To, co rynki predykcyjne wnoszą do analizy bezpieczeństwa, jest rewolucyjne: tempo. Gdy do mediów wycieknie depesza dyplomatyczna albo na Telegramie pojawi się nagranie z ruchami wojsk, cena kontraktu reaguje w minutach, nie w godzinach. Dla struktur wywiadowczych – przyzwyczajonych do cykli raportowych i wielowarstwowej weryfikacji – to prawdziwy system wczesnego ostrzegania.
W tym sensie Ferrisowie mają rację: rynki te działają jak społeczny radar. Agregują wiedzę insiderów, dziennikarzy, traderów, analityków, urzędników i ludzi z regionów objętych kryzysem. Zamiast debatować, czy coś jest „prawdopodobne”, wywiad dostaje wykres: 12 procent, 30 procent, 68 procent.
Dla Polski, państwa frontowego NATO, to szczególnie kuszące. W sytuacji, w której każda zmiana nastroju w Moskwie czy Pekinie może mieć realne konsekwencje militarne, posiadanie narzędzia, które w czasie rzeczywistym pokazuje zbiorowe oczekiwania świata, brzmi jak strategiczna przewaga.
Ale właśnie tutaj zaczyna się problem.
Rynki predykcyjne nie są źródłem prawdy. Są źródłem nastroju. A nastroje można kształtować.
Wystarczy, by zagraniczna służba specjalna, sieć botów albo grupa dobrze finansowanych graczy zaczęła skupować kontrakty na określony scenariusz, by sztucznie podbić jego „prawdopodobieństwo”. W świecie finansów nazywa się to spekulacją. W świecie wywiadu – operacją wpływu.
Niska płynność wielu kontraktów geopolitycznych tylko pogłębia problem. Gdy na rynku handluje kilkaset tysięcy dolarów, nie miliardy, nawet umiarkowane środki wystarczą, by wykrzywić obraz ryzyka. Dla analityka w Brukseli czy Warszawie wykres nadal wygląda obiektywnie. W rzeczywistości jest wynikiem czyjejś gry.
Jest jeszcze jeden problem: rynki predykcyjne świetnie przewidują to, co już krąży w obiegu informacyjnym. Znacznie gorzej radzą sobie z tym, co jest naprawdę tajne. Prawdziwe decyzje o wojnie, zamachach czy przewrotach zapadają w wąskich kręgach. Do tych ludzi nie docierają traderzy z Polymarketu. Docierają agenci.
I tu dochodzimy do sedna, które często gubi się w zachwycie nad AI i Big Data. Dane są potężne, ale potwierdzenie zawsze przychodzi od ludzi.
Wywiad, od setek lat, opiera się na tej samej zasadzie: jeśli coś jest naprawdę ważne, ktoś to wie. I tym kimś jest zwykle człowiek – generał, urzędnik, oligarcha, oficer, inżynier, kierowca ciężarówki. Algorytm może wskazać, że rośnie ryzyko zamachu w Iranie. Ale to informator w Tebriz powie, że konkretna grupa dostała właśnie pieniądze i materiały wybuchowe.
Rynki predykcyjne mogą więc pełnić rolę inteligentnego sejsmografu. Pokazują, gdzie drży grunt. Ale nie mówią, dlaczego. I nie powiedzą, kiedy dokładnie pęknie.
Dlatego dla decydentów wniosek powinien być prosty: inwestujmy w AI, analitykę i nowe źródła danych – także rynki predykcyjne – ale nie kosztem klasycznego wywiadu. HUMINT, SIGINT i sieci agenturalne nie są reliktem XX wieku. Są jedynym sposobem, by oddzielić szum od rzeczywistego zagrożenia.
AI i Big Data to potężne soczewki. Ale bez ludzkich źródeł patrzymy przez nie w zakrzywiony obraz, a nie w rzeczywistość.
