W Waszyngtonie trwa dziś wojna nie tylko o budżety i programy zbrojeniowe, ale też o język, którym opisuje się przyszłą wojnę. Coraz głośniej mówią nie generałowie w mundurach, lecz młodzi przedsiębiorcy z Doliny Krzemowej w wersji „defence”: Palmer Luckey (Anduril) i Ethan Thornton (Mach Industries) przekonują, że amerykański model modernizacji armii jest spóźniony, drogi i – w starciu z Chinami w rejonie Tajwanu – potencjalnie skazany na porażkę.

Dla polskich decydentów to nie jest egzotyka z Pacyfiku. To test, jak wygląda zderzenie wielkiego mocarstwa z przeciwnikiem, który ma masę, produkcję i rosnącą zdolność do rażenia drogich „klejnotów koronnych” Zachodu. I jednocześnie to lekcja o tym, jak łatwo wpaść w pułapkę modnych sloganów.

Wywiad z Ethanem Thortonem

Silicon Valley wchodzi do Pentagonu – z diagnozą i ofertą

Nie oszukujmy się: ta dyskusja ma potężny komponent biznesowy. Anduril czy Mach Industries mówią o „rewolucji bezzałogowej”, „masie tanich systemów” i „końcu epoki wielkich platform” nie tylko z troski o państwo. To także naturalny punkt wejścia na rynek opanowany przez gigantów. Jeśli uda się przekonać polityków, że problemem są „za drogie systemy i za mało amunicji”, to łatwiej sprzedać rozwiązania, które obiecują tańsze, liczne, szybciej modernizowane systemy.

Ale to, że argument jest użyteczny marketingowo, nie oznacza automatycznie, że jest fałszywy. W obronności od lat ścierają się dwie logiki: „najlepsze i najdroższe” kontra „wystarczająco dobre, ale w dużej liczbie”. A wojna w Ukrainie i tempo rozwoju dronów sprawiły, że druga szkoła nagle zaczęła brzmieć jak zdrowy rozsądek.

Kluczowy problem zaczyna się wtedy, gdy diagnoza zamienia się w polityczny mem: „przegramy z Chinami”, „lotniskowce nie dopłyną”, „samoloty nie wystartują”, „czołgi są skończone”. Medialne? Owszem. Pełne półprawd? Też.

Tajwan jako straszak: prawdziwe ryzyka, ale nie jedna odpowiedź

Narracja Thorntona opiera się na kilku mocnych punktach: Chiny mają przewagę amunicyjną i produkcyjną; konflikt mógłby być krótki i brutalny; bazy na Pacyfiku są narażone; a kosztowne platformy mogą stać się łatwym celem, zanim w ogóle „wejdą do gry”. Do tego dochodzi „magiczny” rok 2027, powtarzany jak data wyryta w kamieniu.

Politycznie to działa, bo daje prostą historię. Problem w tym, że strategia nie znosi prostych historii.

Po pierwsze: „2027” częściej oznacza ambicję gotowości, a nie zapowiedź inwazji. Gotowość militarna nie równa się decyzji politycznej, a decyzja polityczna nie równa się udanej operacji.

Po drugie: tajwańskie półprzewodniki to realna wrażliwość Zachodu, ale znów – diabeł tkwi w szczegółach. Zależność od najbardziej zaawansowanych chipów jest krytyczna, jednak światowy łańcuch dostaw nie kończy się na jednej wyspie, a „utrata Tajwanu = koniec przemysłu” to skrót, który ma budzić grozę, nie porządkować ryzyko.

Po trzecie: „otwarty sekret, że USA przegrywają wszystkie gry wojenne” brzmi jak wyrok, ale gry wojenne nie są wróżbą. Zależą od scenariusza, założeń, poziomu eskalacji, roli sojuszników, zdolności do odtworzenia potencjału, a nawet tego, co uznajemy za „zwycięstwo” (militarne? polityczne? ekonomiczne?). Część symulacji pokazuje czarne scenariusze, inne – obronę Tajwanu przy straszliwych kosztach. Wniosek jest jeden: byłoby drogo i niepewnie. Wniosek „na pewno przegramy” – nie jest jedynym uczciwym.

 

Anduril: Rebuild the Arsenal 

Ewangelia dronów: tak, ale bez religijnego uniesienia

Thornton i Luckey mają rację, gdy mówią o bezzałogowcach jako o największej zmianie ostatnich lat. Masowość, szybkość iteracji, możliwość rozproszenia, elastyczność użycia – to wszystko zmienia pole walki. Rozproszone „tanie nosiciele efektu” potrafią zjadać przewagę drogich platform.

Ale drony mają też ciemną stronę, o której w pitch deckach mówi się ciszej:

Wojna elektroniczna: system „tani i masowy” bywa równie „masowo oślepiany”. Utrata łączności, spoofing, zakłócenia GPS, przechwytywanie sygnału – to nie są marginalia.

Integracja i dowodzenie: tania jednostka to jedno, a zdolność do jej sensownego użycia w systemie C2 to drugie. Bez sieci, danych, procedur i logistyki „tanie” szybko robi się „chaotyczne”.

Łańcuch dostaw: masowość oznacza komponenty, elektronikę, baterie, silniki, optykę. Jeśli w kryzysie brakuje elementów, nie ma „dziesiątek tysięcy”.

Koszt całego cyklu: cena zakupu bywa najmniejszą częścią rachunku. Utrzymanie, szkolenie, aktualizacje oprogramowania, cyberbezpieczeństwo, magazynowanie – to realne pieniądze.

Największy błąd Zachodu byłby dziś symetryczny do błędu wczorajszego: najpierw zachwyt nad wielkimi platformami, teraz zachwyt nad „samymi dronami”. Prawdziwa odpowiedź zwykle brzmi: kombinacja. Drony są mnożnikiem siły, ale nie zastąpią wszystkiego. Czołgi nie znikają – zmieniają sposób użycia. Lotnictwo nie przestaje istnieć – zmienia bazowanie, rozśrodkowanie, osłonę, tempo napraw. Marynarka nie „nie dopłynie” -zmieni role, odległości działania i priorytety.

Zakupy zbrojeniowe: tarcie między tempem wojny a tempem państwa

W narracji startupów często pobrzmiewa oskarżenie: „system zamówień stoi w miejscu od 30 lat”. To wygodne, ale nie do końca prawdziwe. Ostatnie dekady to rozwój precyzji, sensorów, stealth, sieci, kosmosu, cyber. Problem nie polega na tym, że nic się nie zmienia. Problem polega na tym, że państwo modernizuje się w rytmie programów wieloletnich, a technologia (zwłaszcza software) w rytmie miesięcy.

I tu jest sedno, które w Polsce brzmi wyjątkowo znajomo: państwo lubi pewność, wojsko lubi niezawodność, przemysł lubi stabilność, a pole walki lubi innowację i tempo. Te cztery rzeczy trudno pogodzić jednym „wielkim programem”.

Dlatego na stole w USA leżą dziś różne pomysły przyspieszania: szybkie ścieżki zakupowe, programy masowe dla systemów „attritable”, próby skracania cykli testów. To pokazuje, że „legacy” nie śpi. Ale też, że bez presji politycznej i bez standardów oceny – wszystko rozmyje się w procedurach.

Co z tego wynika dla Polski: pięć twardych wniosków

Polska nie buduje sił na Pacyfik. Ale buduje odstraszanie na wschodniej flance, w środowisku nasyconym rozpoznaniem, dronami i precyzyjnym rażeniem. Dokładnie tam, gdzie „masa”, „amunicja”, „rozproszenie” i „tempo odtwarzania” decydują o przetrwaniu pierwszych dni.

1) Ustalmy standardy, zanim kupimy kolejne „klejnoty”.

Nie wystarczy „najlepsze na rynku”. Potrzebujemy standardów: koszt-efekt w naszym środowisku, skalowalność produkcji i dostaw, przeżywalność w warunkach zakłóceń, możliwość modernizacji co roku, a nie co dekadę.

2) Masowość bez zaplecza przemysłowego to iluzja.

Drony i amunicja to nie tylko „zakup”, to zdolność do produkcji, serwisu i odtwarzania. Jeśli chcemy masy, musimy mieć linie, magazyny, komponenty i plan mobilizacji przemysłu. Bez tego zostaje PR.

3) Drony tak – ale tylko razem z wojną elektroniczną i obroną baz.

Każdy „program bezzałogowy” bez równoległego programu EW, odpornej łączności i obrony infrastruktury (lotniska, węzły logistyczne, magazyny, mosty) jest jak budowanie floty bez paliwa.

4) Rozproszenie i naprawa są równie ważne jak zakup.

Wojna to konkurs na to, kto dłużej utrzyma zdolność działania: naprawi sprzęt, przerzuci logistykę, odtworzy zapasy, uruchomi zapasowe stanowiska dowodzenia. To są „nudne” wydatki, ale one wygrywają pierwsze dni.

5) Debata jest przewagą – pod warunkiem, że nie staje się reklamą.

Warto słuchać startupów, bo wyciągają na wierzch tematy, które system lubi chować pod dywan. Ale równie ważne jest, by nie brać ich „bold statements” za wyrocznie. Państwo musi umieć oddzielić diagnozę od oferty handlowej.

Puenta: między alarmistycznymi tonami a samozadowoleniem

Najgorsze, co może zrobić Polska, to wybrać jeden z dwóch komfortowych skrajów: albo panikę („wszystko stare jest bezużyteczne, kupujmy wyłącznie drony”), albo samozadowolenie („mamy drogie systemy, więc jesteśmy bezpieczni”).

Debata wokół Tajwanu jest dla nas użyteczna nie dlatego, że mamy kopiować amerykańskie recepty, tylko dlatego, że pokazuje uniwersalne prawidłowości: w wojnie liczy się masa, tempo odtwarzania i zdolność przetrwania pierwszego uderzenia. A także to, że każda głośna diagnoza ma autora, interes i kontekst.

Jeśli polska polityka obronna ma dziś jedno zadanie nadrzędne, to nie „wybrać nową modę”, tylko zbudować system, który potrafi łączyć technologie szybkozmienne (drony, software) z ciężkimi zdolnościami (obrona powietrzna, artyleria, logistyka) – i robić to w tempie bliższym polu walki niż rytmowi urzędowych segregatorów.

Łukasz Turkowski