Na prywatny kontrakt można zabrać doświadczenie z sił specjalnych, wyćwiczone odruchy i umiejętność zachowania zimnej krwi pod ostrzałem. Trudniej spakować samolot rozpoznawczy, dyżurną parę śmigłowców i szpital polowy. Ta różnica od dawna towarzyszyła rynkowi prywatnych usług wojskowych. Upowszechnienie dronów sprawia, że coraz trudniej ją ignorować.

Zasadzka na zespół związany z Vectus Global, firmą Erika Prince’a, we wschodniej Demokratycznej Republice Konga przypomniała o niej w brutalny sposób. Według relacji „Stars and Stripes”, powołującej się na „New Zealand Herald” i wypowiedzi byłego operatora Delta Force, zginął były żołnierz nowozelandzkiego SAS Justin Conaglen, a Tim Kennedy, weteran amerykańskich sił specjalnych i były zawodnik UFC, został ranny. Publiczne relacje pozostawiają wiele niewiadomych dotyczących przebiegu walki.

Reuters opisał podejrzenie, że napastnicy odnaleźli kontraktorów, śledząc drona rozpoznawczego. Nie wiadomo, czy tak rzeczywiście było ani jaką metodę zastosowano. Nie można więc uczciwie ogłosić, że były to ofiary własnej niekompetencji albo konkretnej technologii. Można natomiast postawić szersze pytanie: ile jest dziś warta przewaga elitarnego żołnierza, kiedy działa on poza systemem, który pomagał mu przeżyć i zwyciężać?

Część atrakcyjności prywatnych firm wojskowych opierała się na możliwości przenoszenia kompetencji między bardzo nierównymi środowiskami. Ludzie wyszkoleni przez zamożne państwa trafiali tam, gdzie lokalnym siłom brakowało dyscypliny, sprawnego dowodzenia, dobrego rozpoznania czy nowoczesnego wyposażenia. Niewielki zespół mógł zaoferować zdolności nieproporcjonalnie duże w stosunku do swojej liczebności. Klient kupował skrót: rezultaty wieloletnich inwestycji obcego państwa w szkolenie jego żołnierzy.

Ten model nigdy nie zapewniał nietykalności. Przeciwnicy potrafili wykorzystywać teren, zaskoczenie, przewagę liczebną i lokalne sieci informacji. Byłoby też błędem wrzucanie do jednego worka ochrony konwojów, szkolenia armii i prowadzenia działań bojowych. Dziś jednak zmienia się istotna część rachunku: coraz więcej przeciwników zyskuje dostęp do narzędzi, które ograniczają wartość dawnej przewagi sprzętowej i organizacyjnej.

Wojna w Ukrainie przyspieszyła ten proces. Nie wynalazła bojowego wykorzystania małych dronów, ale pokazała skalę ich zastosowań oraz tempo, w jakim można poprawiać sprzęt i metody działania. Institute for Security Studies wskazuje, że konflikt stał się źródłem inspiracji i adaptacji technologii zarówno dla państw, jak i ugrupowań zbrojnych w Afryce. Nie wymaga to odtworzenia całego ukraińskiego frontu. Wystarczy przejąć te rozwiązania, które odpowiadają lokalnym potrzebom.

Zmiana już wykracza poza analityczne prognozy. Global Initiative Against Transnational Organized Crime opisywała wykorzystanie dronów rozpoznawczych i uderzeniowych przez ugrupowania w Sahelu, w tym ataki Frontu Wyzwolenia Azawadu na obozy malijskiej armii i rosyjskiego Africa Corps w Tessalit w 2025 roku. Samo pojawienie się dronów nie dowodzi bezpośredniego transferu z Ukrainy. Pokazuje jednak, że dostęp do obserwacji z powietrza i ataku przestał być wyłącznym przywilejem regularnych sił zbrojnych.

Dla kontraktora oznacza to bardzo konkretny problem. Przeciwnik nie musi dorównać mu we wszystkich umiejętnościach. Nie musi równie sprawnie prowadzić ognia ani mieć równie dobrego wyposażenia osobistego. Może próbować wykryć jego obecność, obserwować przemieszczanie się i zaatakować w chwili, gdy indywidualne wyszkolenie będzie miało ograniczone znaczenie. Wieloletnie doświadczenie pozostaje cenne, lecz nie usuwa podatności człowieka na ostrzał naprowadzany z powietrza.

W tym miejscu wraca kwestia zaplecza. Żołnierz sił specjalnych jest częścią znacznie większej organizacji. Zależnie od zadania może korzystać z pracy analityków, rozpoznania technicznego, wsparcia ogniowego, lotnictwa, logistyki i zabezpieczenia medycznego. Nawet jeśli nie widzi tych ludzi, ich praca wpływa na to, co wie przed operacją, jakie ma możliwości podczas walki i jak szybko otrzyma pomoc po zranieniu.

Po odejściu ze służby zachowuje własne kompetencje. Dostęp do reszty zależy od kontraktu, zasobów firmy i możliwości klienta. Doświadczenie zdobyte podczas operacji wspieranych przez potężną armię nie jest więc automatycznie dowodem, że identyczny rezultat da się osiągnąć z kilkoma kolegami, lokalnym partnerem i ograniczonym budżetem. Przeszła służba mówi wiele o człowieku. Znacznie mniej o warunkach, w których przyjdzie mu teraz walczyć.

Drony dodatkowo podnoszą wymagania wobec tego zaplecza. Własny bezzałogowiec nie rozwiązuje problemu, jeśli przeciwnik również obserwuje, zakłóca łączność i potrafi uderzać. Jak podkreślają Justin Bronk i Jack Watling z RUSI, skuteczność dronów zależy od całego systemu: wyszkolenia załóg, planowania, rozpoznania środowiska elektromagnetycznego oraz współdziałania z innymi rodzajami wojsk. Kupno urządzenia jest znacznie prostsze niż zapewnienie mu skuteczności w warunkach aktywnego przeciwdziałania.

W przypadku Konga trzeba ponadto uważać na wygodną figurę „lokalnej milicji”. Rada Bezpieczeństwa ONZ wzywała Rwandę do zaprzestania wspierania M23 i wycofania swoich wojsk z terytorium DRK. Za przeciwnikiem opisanym w kontrakcie jako ugrupowanie rebelianckie może zatem stać regularna armia i jej zdolności. Marketingowa opowieść o zachodnim profesjonaliście wysłanym przeciwko słabo uzbrojonym amatorom może przestać odpowiadać rzeczywistości jeszcze przed rozpoczęciem operacji.

Nie oznacza to końca rynku PMC. Firmy mogą rozwijać własne rozpoznanie, ochronę przed dronami, zabezpieczenie medyczne i logistykę. Tyle że każda z tych zdolności kosztuje, wymaga ludzi i komplikuje operację. Im poważniejszy przeciwnik, tym trudniej utrzymać obietnicę niewielkiego, elitarnego zespołu, który tanio rozwiąże problem słabego państwa.

Prawdopodobnie właśnie tu przebiega najważniejsza zmiana. Kontraktorzy nadal mogą sprzedawać rzadkie umiejętności. Coraz trudniej będzie im jednak zastępować tymi umiejętnościami brak całego wojskowego zaplecza. Klient może zatrudnić weterana najlepszej jednostki świata, ale nie powinien zakładać, że wraz z nim wynajął państwo, które tę jednostkę stworzyło. Przeciwnik nie musi sprawdzić, czy najemnik potrafi walczyć równie dobrze jak dawniej. Wystarczy, że zmusi go do walki w warunkach, których dawniej pomagała mu unikać cała armia.

PMC pozostanie cennym narzędziem również dlatego, że wszelkie afiliacje można zdementować.