W XXI wieku polem rywalizacji światowych mocarstw staje się już nie tylko zaawansowany sprzęt, ale sam żołnierz, wyposażony w cyfrowe czujniki. Stany Zjednoczone, Chiny i inne armie inwestują miliardy w badania i rozwój technologii wearable, sztucznej inteligencji i sensorów biometrycznych, aby zwiększyć możliwości bojowe poprzez ulepszenie „ludzkiego czynnika”. W praktyce oznacza to, że na wyposażeniu żołnierza przyszłości standardem mogą być inteligentne pierścienie, zegarki czy opaski monitorujące organizm – pozornie zwykłe gadżety fitness, które stają się elementem wojskowej infrastruktury informacyjnej.

Ta nowa strategia opiera się na prostej przesłance: kto lepiej zrozumie i wykorzysta dane o własnych ludziach, ten zyska przewagę na polu walki. Nowoczesne czujniki potrafią w czasie rzeczywistym śledzić tętno, poziom stresu, jakość snu, kondycję fizyczną, a nawet wczesne objawy infekcji u żołnierzy. Dane te spływają do sztabów i centrów analitycznych, gdzie algorytmy AI wyciągają wnioski – który oddział potrzebuje odpoczynku, kogo objąć opieką medyczną, jak zoptymalizować grafik treningów. Supermocarstwa widzą w tym szansę na stworzenie „cyfrowo ulepszonego żołnierza”, który będzie bardziej odporny, wydajny i świadomy własnych ograniczeń.

Wearable tech na polu walki

Od Pentagonu po chińską armię obserwujemy boom na technologie ubieralne w mundurze. Jeszcze kilka lat temu podobne pomysły trafiłyby do działu sci-fi, dziś są pilotażowo wdrażane. Amerykańska armia już w 2020 roku wyposażyła 8,5 tys. swoich żołnierzy w zestawy czujników – m.in. smartwatche Garmina i pierścienie Oura – by zbierać dane z kilkuset wskaźników biomedycznych. Zbierane informacje o funkcjach życiowych i zmęczeniu posłużyły do opracowania predykcyjnych modeli zdrowia: na przykład wykrywania infekcji zanim pojawią się objawy czy ostrzegania przed krańcowym wyczerpaniem na patrolu.

Nowe protokoły szkoleniowe i oceny gotowości bojowej coraz częściej zakładają ciągły pomiar parametrów żołnierza. Dowódcy mogą otrzymywać alerty, gdy spada koncentracja drużyny albo gdy u któregoś z żołnierzy sensor wykrywa objawy udaru cieplnego. Siły Powietrzne USA zamawiają obecnie systemy noszonych czujników, które wykrywają zmęczenie i stres na podstawie tętna, aktywności elektrodermalnej, a nawet biochemii potu (poziomu hormonów takich jak kortyzol czy adrenalina). Z kolei w US Army trwają prace nad urządzeniami biofeedback – żołnierze w trakcie ćwiczeń w wirtualnej rzeczywistości otrzymają opaski monitorujące ich reakcje fizjologiczne. Wszystko po to, by lepiej przygotować ich psychikę do realnych starć oraz zbierać dane do udoskonalania programów treningowych.

Nie tylko Amerykanie kroczą tą drogą. Chiny również eksperymentują z wearable tech na masową skalę w swojej armii. W niektórych jednostkach PLA (Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej) każdy szeregowy nosi inteligentną bransoletkę, która przekazuje dowództwu dane o jego stanie fizycznym i psychicznym. Chińczycy uruchomili nawet system określany jako Inteligentny System Monitoringu Psychologicznego: czujniki stale rejestrują mimikę i oznaki stresu u żołnierzy, a specjalny algorytm ocenia ich kondycję mentalną. Gdy wykryje, że ktoś nie radzi sobie z obciążeniem, do akcji wkracza psycholog jednostki – zanim drobny kryzys przerodzi się w załamanie na polu walki. Dla Pekinu kluczowe jest bowiem hartowanie „ducha walki” i zapobieganie spadkowi morale, co wpisuje się w koncepcję tzw. wojny kognitywnej (oddziaływania na psychikę przeciwnika i ochrony własnej). Wearable tech stało się tu narzędziem masowego zbierania danych o emocjach i reakcjach, aby Chińczycy mogli zarówno wzmocnić odporność psychiczną swoich wojsk, jak i potencjalnie osłabiać wroga na poziomie mentalnym.

Jeśli wearables robią z żołnierza „platformę danych”, to hełm Andurila robi z niego interfejs do tej wojny. EagleEye (w praktyce: „augmented helmet”) ma wkładać mission command i warstwę AI prosto w pole widzenia: mapy i nakładki AR, identyfikację obiektów, ostrzeżenia o zagrożeniach, a nawet podglądy z bezzałogowców – spięte z oprogramowaniem Andurila (Lattice) jako jednym „mózgiem” świadomości sytuacyjnej. Anduril twierdzi, że system jest projektowany od zera jako sprzęt bojowy, z osobnymi rozwiązaniami dla dnia i nocy (m.in. optycznie transparentny HUD na dzień i cyfrowy HUD do noktowizji), a nie jako przeróbka cywilnego AR. Nieprzypadkowo: po latach problemów z wojskowym AR (IVAS) to właśnie Anduril przejął stery programu i równolegle zacieśnił współpracę z Meta przy XR – sygnał, że Pentagon chce wreszcie „dowieźć” hełm, który działa w błocie, huku i zakłóceniach, a nie tylko na slajdach. I tu wracamy do sedna artykułu: taka „augmentacja” daje przewagę, ale jednocześnie dokłada kolejny poziom sensorów, emisji i danych, które trzeba chronić jak tajemnicę operacyjną – bo hełm przyszłości może być równie dobrze tarczą, co latarnią dla przeciwnika.

Biometria pod kontrolą – od stresu po regenerację

„Ludzie są zawsze decydującym czynnikiem w wyniku wojny” – powtarzają wojskowi stratedzy. Nic dziwnego, że zbieranie danych biometrycznych ma służyć rozciągnięciu kontroli dowódców na aspekt dotąd trudno uchwytny: samopoczucie i gotowość ich podwładnych. W praktyce otwiera to nowe możliwości w zarządzaniu armią. Można precyzyjnie dobrać plan ćwiczeń fizycznych tak, aby unikać przetrenowania – bo opaska sygnalizuje, że żołnierz X ma wciąż podwyższony poziom hormonów stresu i potrzebuje doby odpoczynku więcej. Można rotować składy w długotrwałych misjach tak, by najbardziej znużeni trafiali na tyły zanim popełnią kosztowny błąd z przemęczenia. Wreszcie, monitoring zdrowia w czasie rzeczywistym oznacza szybsze wykrycie kontuzji, choroby czy nawet pierwszych objawów załamania nerwowego – co w warunkach bojowych bywa równie groźne co rana fizyczna.

Armie testują programy prewencji na podstawie danych: jeśli puls spoczynkowy i temperatura ciała u szeregowca rosną nietypowo, system może zasugerować izolację – być może to początek infekcji wirusowej. Jeśli kilku żołnierzy z jednej kompanii ma zaburzone rytmy snu i wysokie wskaźniki stresu, sztab może podjąć decyzję o skróceniu ich patrolu lub wysłaniu na tyły celem regeneracji. Takie „zarządzanie zasobami ludzkimi” w trybie ciągłym ma zwiększyć efektywność działań bojowych: bardziej wypoczęty, świadomy swoich parametrów żołnierz ma podejmować lepsze decyzje i rzadziej zawodzić w kryzysie.

Co więcej, dane biometryczne są też bronią w walce z pozornie niewinnym wrogiem – stresem bojowym. Tradycyjnie to psychologowie i dowódcy musieli „na oko” oceniać, czy oddział jest bliski punktu załamania. Teraz mają twarde liczby: przeciętne tętno w plutonie podczas wymiany ognia, zmienność rytmu serca świadcząca o poziomie adrenaliny, częstotliwość mikropauz sugerująca spadek uwagi. Na tej podstawie tworzy się protokoły zarządzania stresem: od technik oddechowych w trakcie akcji, po obligatoryjne przerwy na sen i procedury „odbicia” psychicznego po walce (tzw. cykl regeneracji). Wszystko to sprawia, że dowódcy mogą bardziej precyzyjnie niż kiedykolwiek decydować o tempie działań – przyspieszyć natarcie, jeśli czujniki wskazują pełną gotowość bojową, albo wstrzymać ryzykowną operację, gdy algorytm ostrzega o kumulującym się zmęczeniu jednostki.

Niewidzialna emitowana sygnatura: ryzyko ujawnienia

Technologie, które dają przewagę, niosą jednak ze sobą nowy pakiet ryzyk. Każde urządzenie elektroniczne – choćby najmniejszy czujnik na palcu – emituje cyfrową sygnaturę, którą przeciwnik może potencjalnie wychwycić. Im więcej sensorów noszą żołnierze, tym bardziej „świecą” oni w spektrum elektromagnetycznym i cyfrowym. Dane biometryczne stają się zatem nie tylko atutem, ale i obciążeniem: jeśli trafią w niepowołane ręce, mogą zdradzić tajemnice o stanie armii.

Najbardziej obrazowym przykładem jest afera z aplikacją Strava z 2018 roku. Popularna aplikacja fitness opublikowała globalną „mapę aktywności” użytkowników biegania – nieświadomie ujawniając lokalizacje i rozkład ruchu w setkach baz wojskowych na świecie. W miejscach takich jak pustynie Syrii czy Sahelu, gdzie mało kto biega dla przyjemności poza żołnierzami, wyraźnie zarysowały się ścieżki patrolowe i obrysy instalacji wojskowych. Okazało się, że żołnierze USA, a także Rosji i innych krajów, rysowali własnymi ciałami mapy tajnych baz, nosząc opaski fitness podczas porannego joggingu. Ta pozornie błaha wpadka pokazała, jak biosygnały i dane telemetryczne mogą stać się wywiadowczym skarbem dla wroga. W reakcji Pentagon zakazał wtedy używania urządzeń z GPS w strefach operacji, a wielu dowódców na nowo egzekwuje starą zasadę: żadnych prywatnych gadżetów na misji.

Nie chodzi tylko o GPS. Smartfon czy smartwatch zdradza więcej, niż nam się wydaje. Wysyła sygnały do sieci komórkowej, pinguje połączenia Bluetooth i Wi-Fi, łączy się z satelitami – każda z tych emisji może zostać namierzona. W ukraińskiej Donbasie nieostrożni rosyjscy żołnierze, dzwoniąc z własnych telefonów, szybko stawali się celem precyzyjnej artylerii – Ukraińcy namierzali ich po sygnałach logujących się do lokalnych nadajników GSM. Z kolei aplikacje mobilne ujawniają metadane: kiedy żołnierz używa np. aplikacji do treningu czy medytacji, serwery producenta mogą odnotować godzinę, lokalizację, a nawet poziom aktywności fizycznej. Analiza takich informacji na masową skalę może zdradzić, że np. w pewnej bazie nagle w środku nocy setki osób zaczęły się intensywnie przemieszczać (co sugeruje alarm bojowy), albo że w innej rośnie tętno spoczynkowe wielu żołnierzy (może sygnał choroby). Biosygnały są nowym rodzajem danych wywiadowczych – trudniej je ukryć niż ruchy czołgów, bo emitujemy je mimowolnie.

Do tego dochodzą zagrożenia czysto fizyczne: urządzenia elektroniczne mogą być widoczne lub słyszalne. Przykład z pola walki: smartfon w trybie nocnym. Wielu z nas nawet nie wie, że nowoczesne telefony wykorzystują podczerwone diody i czujniki – choćby do rozpoznawania twarzy czy poprawy zdjęć w ciemności. Gołym okiem tego nie widać, ale przez noktowizor taka dioda świeci jak latarka. Żołnierz z telefonem przy twarzy w ciemności może więc wyglądać w kamerze termowizyjnej wroga jak choinka. Podobnie smartwatche i opaski fitness często pulsują zielonym lub czerwonym światłem LED, monitorując puls – w leśnej głuszy nocą taki błysk może zdradzić pozycję. W ukraińskiej wojnie pojawiały się doniesienia, że żołnierze obu stron unikają używania iPhone’ów z FaceID na froncie, bo ich czujniki IR potrafią zdradzić położenie patrolu. Im bardziej nasycone elektroniką pole walki, tym cenniejsze staje się zrozumienie, kiedy ta elektronika działa przeciw nam.

Lekcje z Ukrainy: cicha armia wygrywa

Konflikt w Ukrainie stał się poligonem prawdy dla tych wszystkich technologicznych dylematów. Starcie nowoczesnej armii z przeciwnikiem dysponującym również zaawansowanymi środkami rozpoznania pokazało, że każda emisja – sygnał telefonu, ciepło ciała, odbicie obiektywu – może oznaczać śmierć. Rosjanie boleśnie przekonali się o tym na początku inwazji, gdy masowo korzystali z niezabezpieczonych komórek do koordynacji działań: ukraiński wywiad elektroniczny zaczął ich wtedy regularnie namierzać i likwidować całe sztaby. Od tamtej pory obie strony przykładają ogromną wagę do tzw. signature management, czyli zarządzania własną „podpisem” elektromagnetycznym i termicznym. Żołnierze uczą się, że czasem lepiej zrezygnować z komunikacji niż zdradzić swoją pozycję – nawet kosztem utraty łączności.

W praktyce oznacza to powrót do pewnych analogowych nawyków: komendy przekazywane kablowo albo przez gońców zamiast radia, gotowanie posiłków w specjalnych namiotach maskujących ciepło, a przede wszystkim zakaz używania prywatnych urządzeń. Ukraińcy szybko wyciągnęli wnioski z historii ze Stravą i innymi aplikacjami – praktycznie nikt na froncie nie nosi już cywilnych smartwatchy ani nie kręci filmików telefonem, chyba że w celach stricte operacyjnych. Z kolei po stronie rosyjskiej brak takiej dyscypliny kosztował życie wielu żołnierzy (głośna była historia, gdy ukraiński atak rakietowy zniszczył koszary pełne zmobilizowanych, bo wszyscy zadzwonili w Nowy Rok do rodzin – sygnał z setek telefonów naprowadził ogień jak namalowany cel).

Siły NATO również odrobiły lekcje. Generałowie amerykańscy przyznają, że przez lata komfortu utracono czujność: żołnierze przywykli do ciągłego dostępu do smartfonów i gadżetów, zapominając jak się ukrywać. Teraz trwa intensywne szkolenie z digital camouflage, czyli unikania zostawiania śladów cyfrowych. Amerykanie wprowadzili nawet do służby pojęcie EMCON (emisja control) rodem z czasów zimnej wojny, ale rozszerzone – to nie tylko wyłączenie radia, lecz także Wi-Fi, Bluetooth, aparatu w telefonie, a nawet konsoli do gier (bo ta też łączy się z siecią!). Do legend przeszła anegdota z ćwiczeń US Marines, gdzie młody żołnierz zdradził pozycję całego oddziału, bo… korzystał z aplikacji w smartfonie i przeciwnik wychwycił sygnał. Po tym incydencie dowództwo zarządziło, że przed każdą misją telefony są odbierane i zamykane w skrytce. Podobne praktyki wprowadzono w wielu miejscach – np. w samym Pentagonie oficjalnie zakazano opasek fitness, a do biur wrażliwych stref nie wolno wnosić prywatnych urządzeń z geolokalizacją.

Polscy żołnierze również przekonali się o wadze problemu. W 2021 roku grupa wojskowych pełniących służbę na granicy z Białorusią nie wyłączyła w telefonach popularnych aplikacji randkowych. Ku ich zaskoczeniu, w serwisach tych zaczęły pojawiać się profile atrakcyjnych kobiet z Grodna… które najwyraźniej doskonale wiedziały, gdzie stacjonują Polacy i jak są blisko. Szybko zorientowano się, że to zapewne element wojny informacyjnej prowadzonej przez białoruskie służby – ale też efekt nieuwagi naszych żołnierzy, którzy pozostawili włączoną geolokalizację i aktywność online. MON natychmiast wydał ostrzeżenia i zaktualizował instrukcje OPSEC, przypominając, że „smartfon bywa bronią przeciw właścicielowi”.

Gadżety pod lupą: Oura Ring, Neuralink i… Tesla

Rosnąca rola technologii ubieralnych w wojsku nie umyka uwadze opinii publicznej i budzi kontrowersje na wielu frontach. Pierwszy dylemat to oczywiście prywatność i bezpieczeństwo danych. Skoro urządzenia takie jak Oura Ring czy Fitbit zbierają najbardziej wrażliwe informacje o zdrowiu i fizjologii, pojawia się pytanie: kto ma do nich dostęp i do czego może je wykorzystać? Głośnym echem odbiła się sprawa kontraktu Pentagonu z firmą Oura na dostawę inteligentnych pierścieni dla personelu. Za 96 mln dolarów amerykańska armia zamierzała kupić 200 tysięcy pierścieni, aby monitorować stan zdrowia m.in. pilotów i lekarzy wojskowych. Projekt reklamowano hasłami wczesnego wykrywania infekcji (w tle była też chęć wyłapywania zakażeń COVID-19 zanim się rozprzestrzenią). Jednak już po kilku miesiącach kontrakt napotkał przeszkody: konkurencyjna firma oskarżyła armię o faworyzowanie Oura poprzez ustawienie przetargu pod jedyny certyfikowany „pierścień” na rynku. Sprawa trafiła do Kongresu – pojawiły się zarzuty, że Departament Obrony woli dać zarobić zagranicznej spółce (Oura jest z Finlandii) zamiast amerykańskim producentom wearable. Ostatecznie kontrakt unieważniono pod pretekstem „zmiany priorytetów”, choć wiele wskazuje, że prawdziwym problemem była obawa przed uzależnieniem od jednego dostawcy i monopolizacją danych zdrowotnych żołnierzy.

Równolegle rozgorzała dyskusja o tym, co właściwie dzieje się z danymi zbieranymi przez te urządzenia. W sieci zawrzało, gdy wyszło na jaw, że Oura współpracuje z firmą Palantir – kontrowersyjnym gigantem analizy danych, od lat powiązanym z agencjami wywiadowczymi USA. Pojawiły się pogłoski, że dane o parametrach życiowych użytkowników Oura trafiają w ręce amerykańskich służb. Choć firma stanowczo zaprzeczyła, a niezależni eksperci uznali te rewelacje za przesadzone, niesmak pozostał. Zaufanie do wearable tech zostało nadszarpnięte – skoro cywilni użytkownicy zaczęli masowo pytać, czy ich puls i fazy snu ogląda CIA, to co dopiero żołnierze, których dane faktycznie mogą interesować obce wywiady? Przypadek Oura pokazał też inny paradoks: urządzenia projektowane pierwotnie dla wellness i poprawy zdrowia mogą stać się elementem infrastruktury nadzoru. W ręku wojska pierścień monitorujący sen może zmienić się w narzędzie kontroli dyscypliny, a dane medyczne – w cenne informacje wywiadowcze (np. o liczbie niezdolnych do służby z powodów zdrowotnych). Pojawiają się więc uzasadnione pytania o granice: ile prywatności musi oddać żołnierz w imię bezpieczeństwa i skuteczności?

Druga oś kontrowersji to eksperymentalne technologie ingerujące w ciało i umysł. Jeszcze nim świat otrząsnął się z koncepcji „żołnierza cyborga” z filmów SF, Elon Musk zaczął promować swój projekt Neuralink – implantów mózgowych pozwalających na bezpośrednie sterowanie komputerem za pomocą myśli. Choć Neuralink jest na razie we wczesnej fazie i skupia się na celach medycznych, wojsko bacznie obserwuje ten sektor. Amerykańska DARPA od lat finansuje badania nad interfejsami mózg-maszyna. Już kilka lat temu udało się za pomocą wszczepionych elektrod umożliwić sparaliżowanemu ochotnikowi pilotowanie w symulatorze trzech dronów jednocześnie samą myślą. Brzmi jak fantastyka? To fakt – testy w 2017 pokazały, że sygnały z kory ruchowej mózgu można wykorzystać do sterowania kilkoma maszynami naraz, a nawet odbierać przez implant proste sygnały dotykowe (uczucie mrowienia w dłoni, gdy dron wymaga skrętu). Wojskowi snują wizje przyszłości, gdzie pilot myślami kontroluje rój bezzałogowców, albo komandos z ukrytym interfejsem neuronowym kieruje robotycznym psem bojowym bez użycia rąk czy głosu.

Te wizje rodzą jednak potężne wątpliwości. Implant w mózgu żołnierza to koszmar etyczny i kontrwywiadowczy. Co, jeśli wróg przejmie nad nim kontrolę lub go zhackuje? Czy narażanie ludzi na operacje neurochirurgiczne dla lepszej koordynacji z maszynami nie przekracza granic człowieczeństwa? Na razie programy typu Neuralink są w powijakach, a armie bardziej praktycznie patrzą na nieinwazyjne EEG (specjalne hełmy odczytujące fale mózgowe bez implantów). Już teraz trwają eksperymenty z hełmami dla pilotów myśliwców, którzy ruchami gałek ocznych i koncentracją mogą sterować pewnymi funkcjami samolotu. Niezależnie od ścieżki, technologia zbliża się do interfejsów rodem z „Matrixa”. Pytanie, czy wojsko przekroczy tę granicę, pozostaje otwarte – ale tempo badań sugeruje, że chętni do testów w mundurach się znajdą, zwłaszcza jeśli w zamian zyskają przewagę nad mniej „ulepszonym” przeciwnikiem.

Trzeci element układanki to wszechobecność czujników w życiu cywilnym i jej skutki uboczne dla wojska. Bo nawet jeśli armia zabroni swoim ludziom korzystać z określonych urządzeń, to niekontrolowane sensory mogą do nich „przyjść” z zewnątrz. Klasyczny przykład: współczesne samochody. Najnowsze modele naszpikowane są kamerami, radarami, czujnikami ultradźwiękowymi – praktycznie rejestrują otoczenie non stop, by wspierać kierowcę lub funkcje autonomiczne. Dane często trafiają do producenta pojazdu przy okazji aktualizacji systemu czy diagnostyki. W 2021 roku chińska armia wydała zakaz wjazdu samochodom Tesla do swoich baz i osiedli wojskowych, tłumacząc to obawą przed szpiegostwem: kamery Tesla mogłyby nagrać rozkład budynków, sprzęt na parkingach, twarze żołnierzy. Chińczycy doskonale zdają sobie sprawę, że dane te są przechowywane na amerykańskich serwerach i potencjalnie dostępne dla obcego wywiadu. To odbicie lustrzane sytuacji sprzed lat, gdy USA ograniczyły obecność technologii Huawei w swojej infrastrukturze. Samochód elektryczny stał się narzędziem wywiadowczym – nawet jeśli niecelowo.

Ten sam problem zaczyna być dostrzegany w drugą stronę. Zachodnie służby obawiają się chińskich aut czy dronów krążących wokół ich baz. W Polsce również rośnie czujność: np. pojawiają się pytania, czy flota elektrycznych autobusów lub dostawczaków chińskiej produkcji w naszych miastach nie zbiera przypadkiem obrazu i dźwięku, które potem lądują na serwerach w Azji. Na razie brzmi to może jak techno-paranoja, ale wywiady na całym świecie nauczyły się, że diabeł tkwi w szczegółach. Czasem wystarczy parkować dzień w dzień zwykły samochód z aktywnymi kamerami pod jednostką wojskową, by po miesiącu mieć pełen obraz rutyny obiektu – kto wchodzi, ile wart, jakie ciężarówki wyjeżdżają nocą. Dlatego w niektórych państwach rozważa się regulacje strefowe: zakaz wjazdu pojazdów określonych marek w pobliże baz albo obowiązek wyłączania sensorów (np. trybu autopilota). To oczywiście trudne do egzekwowania w demokratycznym społeczeństwie, ale sam fakt takich dyskusji pokazuje, na jaką skalę wyzwania stawia „Internet Rzeczy” w świecie militariów. Wszystkiego kontrolować się nie da – a każdy cywilny gadżet może stać się mimowolnym szpiegiem.

Im więcej AI, tym mniej elektroniki? Paradox strategii

Wykorzystanie sztucznej inteligencji i analizy danych w wojsku jawi się jako droga do przewagi, ale rodzi pozornie sprzeczny skutek: im więcej cyfrowych technologii w armii, tym częściej trzeba z nich… świadomie rezygnować. To wielki paradoks współczesnego pola walki. Zaawansowane czujniki, sieci i urządzenia są bezcenne dla dowodzenia i świadomości sytuacyjnej – dopóki ich używamy, jesteśmy skuteczniejsi. Jednak ten sam elektroniczny blask może zwrócić na nas uwagę wroga albo zostać przez niego zhakowany. Dlatego nowoczesna armia musi być niczym kameleon: błyskawicznie włączać i wyłączać swoją cyfrową obecność, dostosowując się do sytuacji.

Polscy planujący obronność powinni zrozumieć ten paradoks: inwestowanie w AI i big data idzie w parze z koniecznością rozwijania taktyk wyciszania sygnatur. Nasze wojsko wkracza w erę systemów sieciocentrycznych, ale jednocześnie musi szkolić się do działania w warunkach odcięcia od sieci – czy to z powodu zakłóceń, czy wymogu milczenia radiowego. Nowe technologie wymagają nowych zasad kontrwywiadowczych. Kiedyś wystarczało pilnować tajemnicy map i rozkazów; dziś trzeba chronić przed wrogiem nawet tętno i lokalizację swoich ludzi. Armie przyszłości będą zwyciężać nie tylko dzięki przewadze informacyjnej, ale też dzięki umiejętności skrycia się przed wszechobecnymi sensorami. To balansowanie między dwoma skrajnościami stanie się sztuką dowódczą samą w sobie.

Polski kontekst: wytyczne, RODO i realne działania

Jak te globalne trendy i ryzyka przekładają się na sytuację Polski? Nasze siły zbrojne stoją u progu dużych zmian technologicznych – w planach jest budowa armii liczącej 300 tys. osób, coraz ściślej współpracujemy z sojusznikami z NATO, w tym z USA, które będą chciały dzielić się swoimi nowinkami. MON już teraz musi wypracować podejście do wearable tech i biometrii w wojsku, aby zyskać korzyści, a zminimalizować ryzyko.

Na poziomie operacyjnym kluczowe jest dostosowanie zasad OPSEC (Operational Security) do ery cyfrowej. Tradycyjne regulaminy bezpieczeństwa informacji muszą zostać uzupełnione o kwestie takie jak korzystanie z urządzeń ubieralnych, aplikacji zdrowotnych czy nawet ustawień prywatności w smartfonach. Wojsko Polskie zaczęło to robić – przykładem są choćby wspomniane wcześniej ostrzeżenia dla żołnierzy po aferze Stravy czy incydencie na granicy. W 2025 roku, gdy wykryto, że żołnierze NATO stacjonujący w Polsce beztrosko używają Stravy, MON rozesłało specjalne infografiki edukacyjne przypominające o ryzyku. To dobry krok, ale zapewne konieczne będzie pójście dalej: jasne regulacje zabraniające używania określonych urządzeń i aplikacji w strefach wojskowych, obowiązkowe szkolenia z „higieny cyfrowej” oraz regularne testy sprawdzające przestrzeganie tych zasad.

Nie mniej ważny jest aspekt prawny i organizacyjny związany z ochroną danych osobowych żołnierzy. Polska – jako część UE – podlega rygorom RODO, które klasyfikują dane o zdrowiu i biometrii jako szczególnie wrażliwe. Z jednej strony wojsko może mieć własne wyłączenia od RODO ze względu na bezpieczeństwo narodowe, z drugiej jednak nie może ignorować dobrych praktyk. Jeżeli MON zdecyduje się zbierać na masową skalę dane biometryczne personelu (np. poprzez program monitoringu stanu zdrowia z użyciem opasek), powinno zapewnić najwyższe standardy bezpieczeństwa tych informacji. Wyzwaniem będzie tu infrastruktura IT: dane powinny być przechowywane na zabezpieczonych, krajowych serwerach, najlepiej pod kontrolą wojska, a nie komercyjnego podmiotu zewnętrznego. Trzeba też zawczasu określić, kto ma dostęp do tych danych – czy dowódcy kompanii będą widzieć indywidualne wskaźniki każdego żołnierza? Czy informacje o zdrowiu staną się elementem teczki służbowej? Jak długo będą przechowywane? To pytania, które wymagają rozstrzygnięcia w regulaminach, by uniknąć nadużyć i utraty zaufania wśród kadry.

Kolejna kwestia to łańcuchy dostaw i suwerenność technologiczna. Jeżeli polska armia miałaby korzystać z masowych urządzeń wearable, zapewne stanęłaby przed wyborem: albo kupić gotowe rozwiązania zachodnie (typu Garmin, Polar, Oura, itp.), albo rozwijać własne poprzez krajowy przemysł obronny. Pierwsza opcja jest szybsza, ale niesie ryzyka zależności od obcego dostawcy – co w razie kryzysu może odciąć nas od wsparcia lub, w najgorszym wypadku, umożliwić zdalny dostęp producentowi do naszych danych. Druga opcja oznacza czas i koszty, ale daje większą kontrolę. Być może rozwiązaniem pośrednim byłaby współpraca np. z firmami z UE na licencji, by tworzyć spersonalizowane wersje urządzeń, z firmware sprawdzonym przez polskie służby pod kątem backdoorów. Nie wolno też zapominać o „miękkim brzuchu” technologii, jakim są aplikacje mobilne i chmura. Jeśli nawet żołnierze dostaną polskie opaski monitorujące, ale do analizy użyje się amerykańskiej aplikacji wysyłającej dane na serwery w Kalifornii, to niewiele zyskamy. Cały ekosystem musi być bezpieczny – od sensorów, przez oprogramowanie, po bazę danych. To ogromne wyzwanie logistyczne i kosztowe, wymagające współpracy MON z krajowym sektorem IT i cyberbezpieczeństwa.

Na szczeblu strategicznym Polska powinna także angażować się w sojusznicze inicjatywy dot. standardów i wymiany informacji o tego typu zagrożeniach. NATO już analizuje wnioski z Ukrainy – nasze służby (SKW, ABW) i wojskowi specjaliści powinni brać udział w tych pracach, dzielić się własnymi spostrzeżeniami i uczyć od innych. Może to zaowocować powstaniem sojuszniczych wytycznych: np. jednolitego protokołu postępowania z urządzeniami wearables na wspólnych ćwiczeniach, czy mechanizmów ostrzegania sojuszników o wykrytych podatnościach (np. „aplikacja X ma lukę, nie używać jej w pobliżu istotnych obiektów”).

Polska ma też własną specyfikę: stacjonują u nas na co dzień żołnierze sojuszniczy (USA, Kanada, Wielka Brytania, itp.). Trzeba zadbać, by ich obecność nie stała się słabym ogniwem – czyli by byli świadomi i przestrzegali lokalnych zasad bezpieczeństwa (choćby tych dotyczących biegania ze Stravą po okolicy jednostki). To delikatna materia, bo nie możemy cudzym oficerom nakazywać, jakiego zegarka mają nie nosić, ale drogą jest tu edukacja i współpraca. Wspólne ćwiczenia mogą uwzględniać elementy cyber-OPSEC, a polscy oficerowie łącznikowi mogą monitorować, czy np. rutyny bezpieczeństwa w bazach NATO w Polsce dorównują naszym standardom. W razie potrzeby – zgłaszać uwagi do dowództw. Takie działania wymagają taktu dyplomatycznego, ale są niezbędne, bo przeciwnik nie będzie rozróżniał, czy wyciekł sygnał od Polaka czy Amerykanina – wykorzysta każdy.

Podsumowując, Polska stoi przed szansą i wyzwaniem jednocześnie. Szansą – bo nowe technologie dają naszym Siłom Zbrojnym potencjał skoku jakościowego w treningu i efektywności. Wyzwanie – bo musimy nauczyć się je bezpiecznie wdrażać i używać, by nie stały się piętą achillesową. Już teraz warto wprowadzać rozwiązania, które przygotują grunt na nadejście ery „cyfrowego żołnierza”.

Rekomendacje dla Polski

  1. Wdrożenie polityki użycia wearable i urządzeń osobistych – MON powinien opracować szczegółowe wytyczne regulujące, z jakich urządzeń ubieralnych, aplikacji i funkcji mogą korzystać żołnierze na służbie i poza nią. Należy określić strefy (np. bazy, poligony) i sytuacje, gdzie obowiązuje całkowity zakaz noszenia prywatnych smartwatchy, opasek fitness czy telefonów, oraz zasady ich deponowania.
  2. Szkolenia z cyfrowego bezpieczeństwa i OPSEC – Zintensyfikować treningi dla kadr na wszystkich szczeblach z zakresu rozpoznawania i minimalizowania sygnatur elektronicznych. W programach ćwiczeń uwzględnić scenariusze „walka w ciszy elektronicznej” (bez GPS, radio, telefonów), aby żołnierze nabrali nawyku funkcjonowania w warunkach ograniczonej łączności.
  3. Audyt i zabezpieczenie łańcucha dostaw technologii – Przed zakupem jakichkolwiek urządzeń wearable dla wojska przeprowadzić audyt bezpieczeństwa: pochodzenie komponentów, kraj produkcji, ewentualne ryzyko istnienia tylnych furtek. Unikać sprzętu od dostawców z krajów potencjalnie wrogich. W umowach z producentami wymagać pełnej transparentności co do przepływu i przechowywania danych.
  4. Lokalna infrastruktura danych i zgodność z RODO – Zapewnić, by dane biometryczne personelu były przechowywane na serwerach znajdujących się pod kontrolą polskich władz (np. w wojskowej chmurze prywatnej). Stworzyć procedury anonimizacji i agregacji danych tam, gdzie to możliwe, aby chronić prywatność żołnierzy. Wyznaczyć w strukturach MON inspektora ochrony danych odpowiedzialnego za nadzór nad programami wearable, który zadba o zgodność z krajowymi i unijnymi przepisami (z uwzględnieniem wyjątków dla bezpieczeństwa narodowego).
  5. Rozwój rodzimych rozwiązań wearable – Rozważyć uruchomienie programu we współpracy z polskim przemysłem obronnym i firmami tech, mającego na celu stworzenie krajowych odpowiedników urządzeń do monitoringu zdrowia żołnierzy. Choćby pilotażowe projekty (np. „polska opaska wojskowa”) pozwolą uniezależnić się w pewnym stopniu od importu i lepiej zrozumieć technologię. Nawet jeśli finalnie kupimy sprzęt z Zachodu, kompetencje zbudowane lokalnie pomogą w jego ocenie i integracji.
  6. Stały monitoring i kontra wywiadowcza – Zaangażować służby (SKW, ABW) do aktywnego monitorowania zagrożeń związanych z biosygnałami i IoT. Powinny one testować w terenie, na ile można wykryć sygnatury polskich oddziałów (np. symulując przeciwnika podczas ćwiczeń), oraz śledzić, czy obce służby nie próbują zbierać danych wokół naszych obiektów wojskowych (np. podejrzane pojazdy, drony, anteny). W razie wykrycia podejrzanej aktywności – reagować natychmiast i informować sojuszników.
  7. Współpraca międzynarodowa i standardy NATO – Aktywnie uczestniczyć w forach NATO poświęconych nowym technologiom wojskowym, proponować inicjatywy wspólnych standardów bezpieczeństwa dla wearable tech. Polska może np. zaproponować stworzenie sojuszniczego centrum ds. bezpieczeństwa danych biometrycznych, które opracuje rekomendacje dla wszystkich państw członkowskich. Wymiana doświadczeń z USA, Estonią czy Izraelem (które przodują w innowacjach wojskowych) pomoże nam szybciej wdrożyć skuteczne rozwiązania i uniknąć błędów.
  8. Kultura świadomego ograniczania technologii – Najtrudniejsza, ale ważna rekomendacja: budować w armii kulturę, w której czasowe rezygnowanie z wygody technologicznej jest postrzegane jako element profesjonalizmu, a nie anachronizm. Od generałów po szeregowców – każdy powinien rozumieć, kiedy należy odłożyć elektronikę, wyciągnąć papierową mapę i działać „po staremu”. Nie z sentymentu do przeszłości, ale dla bezpieczeństwa. W praktyce oznacza to np. wyposażenie jednostek w sprawdzone, analogowe alternatywy (kompasy, mapniki, urządzenia do komunikacji świetlnej/dźwiękowej) i ćwiczenie ich użycia. Tylko armia przygotowana na „cyfrową ciszę” będzie mogła w pełni bezpiecznie korzystać z dobrodziejstw cyfrowej erze, włączając je i wyłączając jak tarczę wedle potrzeb.

Konfrontacja z nowymi technologiami w wojsku przypomina trzymanie w rękach miecza obosiecznego. Dobrze wykorzystane – wzmacniają i chronią. Wystawione nieostrożnie – ranią własnych. Sztuką dla polskich decydentów będzie zatem znalezienie złotego środka: tak inwestować w AI, sensory i wearable tech, by żołnierz przyszłości stał się skuteczniejszy niż kiedykolwiek, a jednocześnie nauczyć się chować jego cyfrowy cień przed wrogiem.